Napierała: „Zawód trenera młodzieżowego nie istnieje”

Udostępnij:

W rozmowie z trenerem MKS MOS Konin – Norbertem Napierałą poruszamy kwestie koszykówki młodzieżowej. Czy łatwo jest wychować koszykarza?

Mateusz Zborowski: Jak to jest, że z miasta o niewielkich koszykarskich tradycjach można w krótkim czasie wypuścić dwóch podkoszowych, którzy przebojem wdarli się do rozgrywek ligowych?

Norbert Napierała: Wydaje mi się, że to akurat był łut szczęścia, ale też chęć znalezienia wzmocnienia drużyny, która już funkcjonowała. Z Mikołajem Barszczem poznał mnie mój dyrektor, Olka Dziewę znałem już wcześniej, a Szymona Tomczaka spotkałem w szkole. To była kwestia znalezienia się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i dalsza umiejętność przekonania ich do ciężkiej pracy oraz rodziców żeby mi zaufali.

Co jest kluczem do przekonania młodego człowieka, że warto postawić na koszykówkę – dyscyplinę, która nie jest wiodącą jeśli chodzi o sporty zespołowe w naszym kraju?

– W przypadku tych trzech, wymienionych przeze mnie chłopców, których mi się udało dołączyć za każdym razem było to coś innego.

To zacznijmy od Mikołaja Barszcza.

– Mikołaj dołączył do nas jako pierwszy. Był uczniem szkoły muzycznej, do której chodził mój syn i przypadek spowodował, że się spotkaliśmy. Dużą rolę odegrał również dyrektor mojej szkoły, który poinformował mnie, że jest taki wysoki chłopak więc postanowiłem z nim porozmawiać. I tak dotarłem do rodziców i zacząłem ich przekonywać. Okazało się, że już wtedy Mikołaj miał problemy zdrowotne związane z szybkim wzrostem, a to była druga klasa gimnazjum. I to był chyba klucz do ich przekonania, bo przy takim wzroście bez uprawiania jakiegokolwiek sportu mógłby w niedługim czasie zostać kaleką. Tak to się zaczęło. Mikołaj złapał koszykarskiego bakcyla, a ja zacząłem na niego stawiać i do dziś istnieje w dorosłej koszykówce grając w drugoligowych Kątach Wrocławskich.

A jak było z Olkiem Dziewą?

– Jeśli chodzi o Olka, to wiedziałem, że jest w Koninie taki chłopiec. To były czasy kiedy trenowałem z rocznikiem 97 w małej salce Szkoły Podstawowej nr 5. Postanowiłem pojechać i przekonać go żeby pojawił się na treningu. Udało się. Na początku postanowiłem zweryfikować co potrafi w tej koszykówce, bo wiedziałem, że w szkole bawił się już tym sportem. Zapytałem: umiesz zrobić prawy dwutakt? Odpowiedział, że umie. Robi ten prawy dwutakt – super na poziomie instruktorskim. To zapytałem: Olek a zrobiłbyś to samo z lewej strony? No i ten chłopiec, który już w szóstej klasie był mojego wzrostu (190 cm) zrobił to samo z lewej strony – tak samo na poziomie instruktorskim. No i wtedy zapaliła mi się lampka – tu mamy do czynienia z czymś niezwykłym. Olek zaczął przychodzić na treningi. Raz był, innym razem go nie było, bo miał też sporo innych zainteresowań – pływał, grał w szachy w klubie. Kiedy przyszło wybierać gimnazjum, to rodzice nie zgodzili się żeby poszedł do gimnazjum sportowego, do którego ja dostałem propozycję przejścia z całą drużyną. I wtedy nasz kontakt się urwał.

Któregoś pięknego dnia, a to już był czas drugiej klasy gimnazjum spotkałem go na orliku. Byłem akurat w zastępstwie za kolegę. Patrzę rzuca sobie wysoki chłopak z dobrze ułożoną ręką w ciemnych okularach podszedłem do niego i zapytałem skąd jest. Zdjął okulary i okazało się, że to Olek. Już miał wtedy około 2 metrów. Zaczęliśmy rozmawiać i on powiedział żebym podał mu swoją rękę. Podałem mu, a on położył ja na swojej klatce piersiowej – i faktycznie poczułem sporą deformację. Powiedział, że to była właśnie przyczyna, dla której nie poszedł do sportowego gimnazjum. Miał wtedy wstawioną blaszkę w celu wyrównania, ale w najbliższym czasie mieli mu ją wyjąć więc i tak nie mógłby uprawiać sportu przez rok. Kiedy przyszedł nabór do 2 Liceum, Olek dostał się do szkoły. Już wtedy miał te swoje 205 centymetrów. Zaproponowałem żeby znów zjawił się na treningu. Przyszedł. Pojechaliśmy na pierwszy turniej do Ostrowa. W składzie miałem jeszcze wtedy chłopców z rocznika 96, których dostałem w spadku po koledze, który zrezygnował z pracy. To był dość wysoki zespół. W pierwszym meczu postawiłem na ten rocznik 96, ale nie przekonali mnie. W drugim meczu postanowiłem coś zmienić i wpuściłem do gry Olka i tak już zostało. Zaczął grać w pierwszej piątce, dostawał dużo piłek i okazało się, że dość szybko zaczął funkcjonować w tym zespole. Do tego miał całkiem niezły rzut z dystansu. W ostatniej klasie, to zdarzało się nawet, że wystawiałem go na pozycji jedynki na treningach i też dawał radę. Oczywiście Olek to nominalny podkoszowy, ale ta umiejętność gry z dystansu predysponuje go do gry na pozycji numer 3 tylko musiałby jeszcze trochę poprawić motorykę.

To przejdźmy do ostatniego z nich – Szymona Tomczaka.

– Szymon to ciekawa postać. Uczyłem go w pierwszej klasie liceum. Pod koniec pierwszej klasy zaproponowałem żeby przyszedł na trening koszykówki. Nie był na początku przekonany, ale spróbował. Pierwszy rok był dla niego ciężki, bo wcześniej grał w siatkówkę i ta gra na wyprostowanych nogach go „zabiła”. W pierwszym sezonie miał bodajże dwa miesiące przerwy, bo nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa. To wejście w basket było dla niego dosyć bolesne. Przetrwał ten moment i w ostatniej klasie był już podstawowym zawodnikiem drużyny.

Czy w mniejszym mieście stosunkowo łatwiej pracuje się z młodzieżą? Po pierwsze mniejsza konkurencja, a po drugie nie ma tylu atrakcji, na których mogliby się skupić młodzi ludzie.

– Tu bywa różnie. Jeśli chodzi o Konin, to jest to miasto trzech zakładów przemysłowych i było traktowane jako miasto napływowe. Rozwinęło się głównie w XX wieku przez powstanie Huty Aluminium i Elektrolizy oraz przez kopalnie. Nie było tradycji z zakresu kultury, rozrywki czy sportu. Był miastem typowo robotniczym. Najbardziej popularnym sportem była oczywiście piłka nożna – Górnik Konin zawsze tutaj istniał i ściągał do siebie najlepszych chłopców. Z naszej dyscypliny też kilku podebrał. A muszę dodać, że w Koninie było kilku chłopaków, którzy już na poziomie szkoły podstawowej prezentowali się bardzo dobrze w koszykówce, ale piłka nożna ich wciągnęła i trzeba było szukać dalej.

Czy jest łatwiej pracować? U nas bardzo mocno rozwinęły się sporty niszowe przede wszystkim piłka nożna kobiet i szermierka. Będąc członkiem zarządu klubu MKS zawsze powtarzałem, że powinniśmy iść w kierunku II ligi męskiej w koszykówce, bo moglibyśmy powalczyć i utrzymać się na tym szczeblu. Gdyby prześledzić wszystkich graczy, którzy stąd wypłynęli to mielibyśmy nawet skład na poziomie I ligi, bo przecież z Konina pochodzi Jakub Dryjański, Michał Lipiński, który przez 10 lat grał w Nysie Kłodzko, ale przegapiliśmy tą szansę.

Ile psychologa musi mieć w sobie trener pracujący z młodzieżą? Więcej uwagi należy poświęcić żeby znaleźć, zachęcić, przekonać i ukształtować czy może aspekt sportowy bierze górę?

– To należy rozpatrywać w dwóch kategoriach. Po pierwsze stosunek do zawodnika, a po drugie stosunek i podejście do rodziców. W przypadku zawodników małoletnich to rodzice mają decydujący głos. Każdy zawodnik jest inny. Jeden będzie się na początku obrażał, bo mu nie wychodzi, drugiego będzie to motywować – to wszystko sprawa indywidualnego podejścia do gracza. Jednych trzeba zachęcać, innych pogonić, a na jeszcze innych pokrzyczeć. Najważniejsze to poznać gracza. Potrzeba wielu rozmów żeby dotrzeć do młodych ludzi i odkryć właściwy tor, na który można tego zawodnika pokierować żeby dalej się rozwijał. Dużą rolę odgrywa też motywacja zwłaszcza u wysokich zawodników, którzy szybko rosną i mają zaburzoną koordynację. Oni szybciej się zniechęcają. Ważną rolę też odgrywa charakter. W moim przypadku może też nos trenerski spowodował, że potrafiłem znaleźć kilku chłopców i przekonałem ich do koszykówki. Ciężko mi teraz powiedzieć.

Poruszył pan temat rodziców. Jak to z nimi jest?

– Kluczową rzeczą jest przekonanie ich, że przyjście na trening pomoże ich dzieciom utrzymać się w dobrym zdrowiu i zaabsorbuje ich uwagę. Trzeba im wytłumaczyć, że my nikomu krzywdy nie robimy i ja często stosuję tą metodę. Zawsze jednak trzeba się asekurować tym, że jest to sport i kontuzje się zdarzają. Z tym trzeba się liczyć, to nie jest gra w szachy tylko kontaktowy sport i ryzyko jest wkalkulowane. Co prawda kontuzje rzadko się zdarzają na poziomie dziecka, ale jeżeli organizm osiągnie już odpowiedni wzrost i wagę, to nie jest to wykluczone. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.

Jest jakiś klucz według którego wyszukuje się, a później selekcjonuje tych młodych koszykarskich adeptów? Na co się zwraca uwagę?

– Ja przede wszystkim zwracam uwagę na charakter. Na początku niekoniecznie możliwości fizyczne są decydujące, bo to akurat można wyćwiczyć. Oczywiście niektóre cechy motoryczne ma się wrodzone, ale wszystko można poprawić. Fizjologia mówi szybkości nie da się zbytnio wyćwiczyć, ale za to wytrzymałość czy cechy wolicjonalne charakteru już tak. To jest wszystko to, co składa się na model mistrza. Piramida jest bardzo szeroka – zawodnikiem może zostać każdy, mistrzem zostaje jeden czy też nieliczni. Jeśli chłopiec ma zacięcie do walki i jeśli chce rywalizować, jest na każdym treningu, to widać, że coś z tego będzie. Natomiast jeśli kogoś boli paluszek, mama dzwoni, że go nie będzie, to nie wiem czy wtedy jest sens się angażować. To jest może brutalne co mówię. Można próbować jeszcze rozmawiać, przekonywać żeby nie zrażać się porażkami. Nawet niedawno przytoczyłem swoim młodym podopiecznym przykład rocznika 97. Wtedy w ogóle nie interesowała mnie tabela. Coś tam wygraliśmy, coś przegraliśmy. Dopiero w kadetach jak pojawiła się możliwość awansu, to zacząłem śledzić tabelę. Z rocznikiem 97 przechodziliśmy przez wszystkie etapy aż w juniorze starszym staliśmy się praktycznie drugą siłą w Wielkopolsce po Biofarmie Poznań, ale oni nie bazowali nigdy na wychowankach, to jest stajnia, która ściąga najlepszych graczy z województwa.

Zresztą też mieliśmy mały konflikt na poziomie Konin – Biofarm, bo chociażby Olek Dziewa był kuszony w trakcie ćwierćfinału MP. Telefonowali do niego, ale od razu przyszedł z tym do nas więc Biofram dostał odpowiedź żeby dali nam spokój. Jeśli Olek zda maturę, to wtedy możemy wrócić do rozmów. Wiedzieliśmy przecież, że go u nas nie zatrzymamy i wtedy mogli jak najbardziej przedstawić swoją ofertę. Proszę mi powiedzieć, co to jest za rywalizacja jeśli z każdej drużyny w Wielkopolsce zostanie ściągnięty jeden-dwóch najlepszych graczy? Idą do jednego klubu i nie da się wtedy z nimi rywalizować na poziomie równego z równym. To jest po prostu inna liga.

A jak to jest z tym stwierdzeniem, że nie liczy się ilość medali młodzieżowych, a to ilu reprezentantów Polski się wychowa. Ile w tym prawdy?

– To zależy na jakim poziomie. Nie od dziś wiadomo, że mistrzowie Polski młodzików wcale nie muszą być mistrzami Polski kadetów czy juniorów. I często nie ma to przełożenia. Przykładem są chociażby wysocy gracze, którzy dochodzą później i często zdobywają większe sukcesy niż ci mali. To jest dobre pytanie… Zależy przede wszystkim w jakich kategoriach się na to patrzy. Jeżeli w kategorii satysfakcji trenera, że wychował reprezentanta Polski, to musiałbym się skłaniać ku temu twierdzeniu, ale z drugiej strony ciężko budować reprezentację Polski na jakimkolwiek poziomie – czy to jest U16, U18 czy U20 z graczy, którzy nie zaistnieli w MP i nie są decydującymi zawodnikami w swoich drużynach. Gracze, którzy zdobywają tytuły MVP są rozpoznawalni i na bazie tego znajdują miejsce w kadrze. Więc drogą podsumowania należy powiedzieć, że te medale są jednak bardzo istotne. Trzeba też pamiętać, że przeskok nawet z poziomu U20 na poziom reprezentacji Polski, to jest milowy krok. Nawet ci najbardziej wyróżniający się w U20 mogą nigdy nie zagrać w reprezentacji Polski. Takich chłopców jest dużo. To jest podobnie jak z przejściem zawodnika z I ligi na poziom ekstraklasy. Mimo, że wyróżniają się na niższych poziomach okazuje się, że nikną w PLK. Siadają na ławce i tyle. Podam przykład Januarego Sobczaka – mojego wychowanka. Jego przejście do Polfarmeksu, który wtedy aspirował do gry w play-off w ekstraklasie spowodowało, że nie zagrał w kadrach Polski, a uważam że mógłby się nadawać. Powiedziałem kiedyś swojej drużynie, że gdybym miał pięciu Sobczaków, to byłbym pewien zdobycia mistrza Polski. Taki charakter i poświęcenie jest rzadko spotykane u zawodników.

Czy z perspektywy czasu może pan powiedzieć, że Olek Dziewa to największy talent jakiego pan prowadził?

– Takich utalentowanych chłopaków, z którymi mam miłe wspomnienia było kilku, ale faktem jest, że Olek mi jako trenerowi zapewnił największe sukcesy, bo jego dojście do drużyny zmieniło całkowicie obraz zespołu. Mniejsze lub większe, ale na poziomie Konina, to ten brązowy medal w szkołach ponadgimnazjalnych był jednak sukcesem. Minimalna porażka z Dąbrową Górniczą w półfinale po dogrywce trzema punktami no i potem brązowy medal wywalczony w meczu o 3 miejsce jest moim największym sukcesem, ale wtedy ten chłopak do jakiej drużyny w Polsce by nie doszedł, to całkowicie zmieniałby oblicze zespołu. Ze swoich wychowanków mógłbym jeszcze wyróżnić Mikołaja Patrzykąta – rocznik 87, to była moja pierwsza drużyna. Niebywała inteligencja w grze i zdolności motoryczne. Niebywała! On grał tylko do poziomu juniora, a potem poszedł na AWF do Poznania i przez długi czas był fizjoterapeutą Biofarmu. To był profesor koszykówki na pozycji rozgrywającego w swoim roczniku. Michał Lipiński, ale z nim pracowałem tylko przez rok także ciężko mówić, że był moim wychowankiem – niebywała wola charakteru i chęć do gry. No i wspomniany już January Sobczak. To byli najbardziej utalentowani chłopcy jakich prowadziłem. Teraz takim graczem jest Borys Siwek i nawet sobie mówię, że czasami nawet warto ciągnąć drużynę dla jednego zawodnika. Trudno na bazie wychowanków zrobić zespół na medal mistrzostw Polski. Czy to Śląsk, czy WKK to są kluby, które ściągają najzdolniejszych i z nimi pracują.

Jakie warunki musiałyby zostać spełnione żeby Konin dalej produkował i dostarczał kolejnych graczy do rozgrywek ligowych?

– Filozofia była taka żeby iść w żeńską koszykówkę, ale ja zawsze rękami i nogami trzymałem się męskiego basketu i dalej będę się trzymał mimo że zostałem w nim sam. Wydaje mi się, że powinien funkcjonować system naboru – nie na bazie klas sportowych, ale tego, że chodzi się po szkołach i szuka. Sam tak robiłem i przekonywałem tych chłopców żeby grali. I podejrzewam, że tak też robili inni trenerzy. Teraz mamy klasy sportowe, ale często jest tak, że zajęcia prowadzą nie trenerzy, ale nauczyciele – wie pan kwestia godzin, etatów. Po co wpuszczać człowieka z zewnątrz? A przecież dzięki temu poziom by się podnosił i szkoła mogłaby punktować i być nagradzana. Nie wszyscy dyrektorzy to rozumieją. Kolejna rzecz… Nie będę chyba jedynym, który powie, że w Polsce zawód trenera młodzieżowego nie istnieje. Jesteśmy traktowani jako goście, którzy robią coś z pasji, nawiedzenia i niekoniecznie musimy mieć za to płacone, a jeśli już mamy to śmieszne pieniądze. Ja jestem tego żywym przykładem – moja praca polega na trenowaniu, przekazywaniu wiedzy, a wynagrodzenie w ogóle nie jest adekwatne do poświęcanego czasu i zaangażowania. Wyjazdy, obozy… Nie funkcjonuje zawód trenera młodzieżowego i to powinna być główna zmiana w statutach. Tacy trenerzy też powinni być godnie wynagradzani. Nauczyciel przyjdzie zrobi swoje i wychodzi, a trener musi tym żyć, musi się martwić o milion różnych rzeczy i to też jest warunek, dla którego nawet ci dobrzy trenerzy rezygnują. Każdy musi utrzymać rodzinę, dom, zapłacić rachunki, a z tego się nie wyżyje.

Na poziomie seniorskim jest już inaczej, ale nie każdy trener czuje się dobrze w dorosłej koszykówce. Znam wielu wybitnych trenerów młodzieżowych, niektórzy już nie żyją, ale takim przykładem jest chociażby Tadeusz Dudziński z Poznania, Grzegorz Karolewski z Włocławka, który wychował mnóstwo zawodników na poziomie ligowym, którzy do dzisiaj biegają po parkietach. Oni nigdy nie garnęli się do seniorskiej koszykówki. Ja też się nie garnę, bo tak naprawdę jestem też nauczycielem, a czym się różni praca trenera od nauczyciela? Tu i tu należy nauczyć tylko inna jest kwestia egzekwowania. Diabeł tkwi w szczegółach i trzeba bardzo mocno ich pilnować żeby proces szkoleniowy dobrze przebiegał. Nie ma techniki, nie ma grania. Zawsze to powtarzam. Koszykówka jest grą specyficzną ponieważ tak jak w piłkę nożną czy siatkówkę po dwóch trzech treningach można wyjść i pograć na podwórku, to w koszykówkę nie da się zagrać bez podstaw. Wygląda to karykaturalnie i lepiej tego nie oglądać. Musi być proces szkolenia i dopiero po roku, po dwóch latach wygląda to dobrze. To nie są lata kiedy my oglądaliśmy w telewizji NBA i później próbowaliśmy to kopiować na asfalcie. Teraz orliki stoją puste, mało kto przychodzi żeby porzucać do kosza. Tak to wygląda.

Też się zgodzę, że jesteście tym najbardziej pomijanym ogniwem w koszykarskiej hierarchii. Bo w końcu najpierw trzeba docenić trenera żeby mógł on się w pełni oddać i zaangażować to co robi.

– Jakiś rok czy półtora czytałem o tym, że pojawił się program „Pierwszy trener”. Jeśli zawodnik zdobędzie medal mistrzostw europy, świata czy Igrzysk Olimpijskich wskazując pierwszego trenera sprawia, że ten trener powinien z Ministerstwa dostać nagrodę bodajże w wysokości 10 tysięcy złotych o ile dobrze pamiętam. Może gdyby taki program wprowadzić w koszykówce w oparciu o medale na szczeblu młodzieżowym, to wtedy też byłoby inaczej. Łatwiej wychować gracza na poziomie U16 czy U18, który gra w mistrzostwach Europy. Należy pamiętać, że jesteśmy przy dyscyplinie, która nazywa się koszykówka.

Po 52 latach awansowaliśmy na mistrzostwa świata, ale zdobycie tam medalu graniczy z cudem. Był rocznik 93 prowadzony przez Jurka Szambelana, który w 2010 roku zdobył wicemistrzostwo świata. Asystentami byli wtedy Tomasz Niedbalski i Grzegorz Zieliński z Konina. To był ogromny sukces, ale to też znalazła się grupa indywidualnie mocnych chłopców, która powalczyła o ten medal. Z drugiej strony biorąc pod uwagę globalną skalę tego zjawiska, to tych pieniędzy w programie mogłoby nie starczyć. Każdy kij ma dwa końce.

Co najbardziej determinuje do pracy z młodzieżą? Pasja czy wiara w to, że da się wyławiać kolejne perełki?

– Nie będę oryginalny jak powiem, że jednak pasja. Gwarancji, że wychowamy reprezentanta Polski nigdy nie mamy. Pasja i miłość do danej dyscypliny sportu. Kocham to co robię i lubię pracować z dziećmi – czy wygrywamy, czy przegrywamy nie ma to dla mnie znaczenia. Fajne jest dla mnie to, że jak po dwóch latach spojrzę na tych chłopców to widzę różnicę. Na początku miałem sporą grupę, ale część z nich się wykruszyła. Po dwóch latach niektórzy postanowili wrócić i kiedy porównam ich do tych, którzy wytrzymali ze mną te dwa lata, to widzę jaka jest różnica i to mnie cieszy, bo widać, że ta praca nie idzie na marne.

Bywają chwilę zwątpienia? Przychodzą momenty, że zadaje pan sobie pytanie: po co ja to właściwie robię?

– Myślę, że każdy kiedyś zadaje sobie to pytanie zwłaszcza jeśli się nie wygrywa, a przegrywa. Ja już jestem doświadczonym człowiekiem, bo ponad 20 lat pracuje przy koszykówce i wiem, że takie sytuacje się zdarzają. Jeśli mam jakieś wątpliwości to najczęściej analizuje je samemu lub z jakimś innym trenerem, ale nigdy nie daje po sobie tego poznać przy chłopcach. Przy nich staram się tryskać energią i optymizmem żeby ich tym zarażać. Jeżeli ja przyjdę niezadowolony odbębnić trening, to wiadomo że oni niczego z tego nie wyniosą. Dzieciakom, które chcą pracować kitu się nie wciśnie. Oni mnie znają i to widzą.

Jest szansa żeby ta polska koszykówka młodzieżowa ruszyła do przodu? Bo pałętanie się po dywizjach B raczej nie służy niczemu dobremu. Bo chyba na przykładzie Konina w 40-milionowym kraju można znaleźć utalentowanych ludzi chcących pracować.

– Żeby można było znaleźć, to trzeba szukać. Niezaprzeczalnie potrzebny jest sukces reprezentacji. Kiedy reprezentacja piłkarska awansuje do mistrzostw świata, to robi się z tego taki balon jakbyśmy co najmniej mieli już medal. Natomiast jeśli chodzi o koszykówkę, to ta trąba nie jest dostatecznie dęta. Awansowaliśmy do mistrzostw po raz pierwszy od 52 lat i należy to odpowiednio nagłośnić. To jest taki sam sukces jak w piłce nożnej. A co z tego będzie? Patrząc na losowanie może być bardzo ciekawie. Mamy nawet szansę wygrać grupę. Sukces reprezentacji o odpowiednie wykorzystanie tego marketingowo będzie sprzyjać rozwojowi dyscypliny bez cienia wątpliwości. Młodemu człowiekowi trzeba otworzyć drzwi do każdej dyscypliny, a on niech sobie wybiera w czym się najlepiej czuje.

To kiedy należy się spodziewać w koszykówce kolejnego Olka Dziewy czy Szymona Tomczaka z Konina?

– Powiem przewrotnie tak: mam nadzieję, że można się spodziewać. Kiedy? Minimum 3-4 lata. Tyle czasu potrzeba żeby ktoś z Konina znów zaistniał w szerszym baskecie. Mam nadzieję, że ta konińska męska koszykówka będzie się odbudowywać i kolejni gracze się pojawią. Być może jest tak, że te największe talenty biegają gdzieś 5-10 kilometrów od Konina i może uda się je znaleźć. Może znów pojawi się drugi Olek Dziewa i odmieni zupełnie to co mamy teraz. Mam taką nadzieję i to mnie napędza do dalszej pracy. Moją rolą jest szukać, szukać i na końcu zachęcać.

Kategorie

@2019 - ZATRZY.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.