Przedderbowy zawrót głowy

Udostępnij:

Już wkrótce koszykarska, dolnośląska „święta wojna”. Górnik podejmie na własnym parkiecie koszykarzy Śląska, którzy twardo stąpają w kierunku PLK. Co należy wiedzieć przed tym meczem?

Słowo „derby” od wielu lat jest wykorzystywane i deprecjonowane na różne sposoby, szczególnie jeśli mówimy o koszykówce. Prawdziwe derby, to jednak taki mecz, w którym tło historyczne komponuje się z regionalnym zamiłowaniem do koszykówki, a w końcu Dolny Śląsk to stolica basketu w Polsce. Mecze Górnika ze Śląskiem od zawsze wzbudzały emocje w obu miastach.

Kibice z Wałbrzycha postrzegali Wrocław jako miasto ludzi noszących głowy wysoko, sprawiających wrażenie lepszych, ważniejszych. Z kolei kibice ze stolicy regionu mieli o wałbrzyszanach opinię ludzi prostych, pracujących, dla których jedną z niewielu rozrywek był właśnie sport.

Teraz te szlaki mocno się zatarły – ludzie z Wałbrzycha stali się w sporej części populacją Wrocławia, ale brak miłości (łagodnie mówiąc) pomiędzy kibicami obu ekip pozostał.

Skąd brała się wzajemna nienawiść? Śląsk jak i Legia były klubami wojskowymi, które mogły sobie pozwolić sobie na więcej. Jeśli, któryś gracz wyróżniał się w lidze, to było pewne, że prędzej czy później dostanie list z zaproszeniem do odbycia służby właśnie we Wrocławiu czy Warszawie.

Śląsk mocno zagiął parol na Mieczysława Młynarskiego, ale ten ani nie myślał grać w barwach WKS-u. Gdy nie udało się z „Młynarzem”, to działacze z Wrocławia obrali sobie za cel Stanisława Kiełbika. WKS postawił warunek – bierzemy Kiełbika i Górę (piłka nożna) i reszcie dajemy spokój. Efekt był taki, że rozgrywający Górnika spędził dwa lata 1985-87 w stolicy Dolnego Śląska reprezentując barwy Śląska. To dodatkowo podsycało niechęć do drużyny trójkolorowych.

Historia niejednokrotnie pokazywała, że starcia Górnika ze Śląskiem, to mecze podwyższonego ryzyka pod każdym względem. Śląsk to najbardziej utytułowana drużyna w kraju – 17 tytułów mistrzowskich, a licząc wszystkie stopnie podium, to WKS stawał na nich aż 37 razy! Górnik to druga najlepsza drużyna na Dolnym Śląsku – 2 mistrzostwa i 3 razy srebro – wszystko w latach 80. Tak więc na parkiecie, ani poza nim nie było mowy o odpuszczaniu.

Szczególnie ciekawe są opowieści byłych graczy z obu obozów. Trudno znaleźć zawodnika, który lubił grać w Wałbrzychu, a jeśli już taki się znalazł, to musiał być pozbawiony układu nerwowego. Jednym z niewielu, który wałbrzyski parkiet opuszczał zawsze z podniesioną głową był Dariusz Zelig. Wszyscy chowali się pod ręcznikami, bo z balkonów i trybun słynnego OSiR-u kibicie namiętnie opluwali koszykarzy rywali. Zelig nie tylko nie chował się pod ręcznikiem, ale dumnie kroczył z uniesioną głową, co świadczyło o niesamowitej pewności siebie wrocławskiego „profesora basketu”.

Właśnie owe plucie w stronę rywali, to jeden z niewielu wybryków kibiców. Były też latające przedmioty, kamienie w autokar czy festiwal wyzwisk.

Raz dominując w całej lidze graliśmy w Wałbrzychu i musieliśmy przegrać, bo w gorącej końcówce kibice schodzili z trybun i gromadzili się wokół parkietu nasza wygrana groziła linczem. Musieliśmy odpuścić – przyznaje po latach Jarosław Zyskowski.

Co jeszcze wspomina „Zyzio” z tamtych lat?

Pamiętam, że na mecz jechało się najdłuższą ulicą świata – jak zaczynała się koło Książa, tak cały czas prosto prowadziła aż pod halę OSiR-u – dodaje z przymrużeniem oka.

– Autokar zawsze mieliśmy schowany za bramą w pobliskich zakładach energetycznych inaczej nie mielibyśmy czym wracać do domu.

Autokar, autokarem, ale jak wyjść z hali przy tak fanatycznych kibicach?

Braliśmy ich na przetrzymanie. Czekaliśmy w szatni tak długo, aż odpuścili. Prędzej czy później wiadomo było, że im się znudzi wystawanie pod halą – kontynuuje wspomnienia były podkoszowy Śląska.

Jednym z niewielu bohaterów, który miał okazję poczuć derbową atmosferę zakładając koszulki obu ekip był wspomniany wcześniej Stanisław Kiełbik, który w jednym ze spotkań pogrążył swój macierzysty klub aplikując mu… 8 trójek z rzędu. Żeby było ciekawiej potrzebował na to 4 (słownie: cztery) minuty!

Kibice z Wałbrzycha na mnie nie gwizdali jak grałem w Śląsku. Wiedzieli, że to nie była moja decyzja. Przyszedł rozkaz i człowiek nie miał nic do gadania – wspomina legenda obu klubów.

Na koniec przygody ze Śląskiem włodarze wrocławskiego klubu postanowili odegrać się na Kiełbiku dyskwalifikując go na znaczną część sezonu.

Na obozie w Zakopanem przed ME w Grecji przyszliśmy po północy do hotelu i to był oficjalny powód dyskwalifikacji, ale jak się dowiedziałem, to Śląsk maczał w tym palce żeby mnie ukarać, że nie zostałem u nich. Generał dał mi do zrozumienia przed końcem drugiego sezonu żebym lepiej podpisał kontrakt, ale ja zdecydowałem się wrócić do Górnika i przez to nie pojechałem na ME i nie grałem przez całą rundę, co jednak nie przeszkodziło w zdobyciu mistrzostwa i zostania wybranym do pierwszej piątki ligi – opisuje całą historię Kiełbik.

Ciekawie nie tylko było w hali OSiR-u. Kibice Górnika za swoją drużyną jeździli też do Wrocławia gdzie nawet mocno dali się we znaki miejscowym kibicom.

Pamiętam ten mecz jakby to było wczoraj – dwóch śmiałków w stanie mocno wskazującym przy pełnej Hali Ludowej zaintonowało słynną przyśpiewkę niekoniecznie lubianą we Wrocławiu… Sędziowie musieli przerwać mecz, bo kibice Śląska wbiegli na parkiet w poszukiwaniu tych dwóch panów – wspomina były gracz Górnika, Sławomir Kapuściński.

Jaki finał miała ta historia?

Zawodnicy Śląska zadbali, żeby kibice nie ruszali przyjezdnych. Udało się dokończyć mecz, a tych dwóch delikwentów wywoziliśmy z hali w bagażniku klubowego autobusu, bo wizyta we Wrocławiu mogła się dla nich skończyć tragicznie – dodaje z uśmiechem na ustach gracz z Wałbrzycha.

Równie wiele emocji wzbudzał fakt, że największa legenda Śląska lat 90 – Maciej Zieliński urodził się właśnie w Wałbrzychu, a w Górniku w sezonach 1973/74 i 1974/75 występował jego ojciec Marek.

Na mecze z Górnikiem zawsze była podwójna mobilizacja. Uwielbiałem tą atmosferę, szczególnie na gorącym terenie w Wałbrzychu – wspomina dawne boje legenda WKS-u.

Było o kibicach z Wałbrzycha, to teraz trochę o tych z Wrocławia. Jedno z pierwszych spotkań Jacka Krzykały z kibicami Śląska miało miejsce po meczu juniorów Górnika ze Śląskiem rozgrywanym na Mieszczańskiej przed meczem seniorów. Młody Krzykała tak bardzo dał się we znaki miejscowym, że fani WKS-u zaczaili się na niego i jego kolegę z Górnika – Piotra Laseckiego pod halą. O mały włos zawodnicy z Wałbrzycha dostaliby porządne lanie, ale zdążyli szybko poznać topografię Wrocławia, uciekając przez pół miasta.

Przywołane historię, to tylko mały wycinek z bogatej historii starć obu ekip. Dziś w Wałbrzychu nie gra się już na OSiR-ze, nie ma balkonów, ale fanatyczni kibice pozostali. Mobilizacja pod Chełmcem ogromna. Dodatkowym smaczkiem będzie godzina rozpoczęcia meczu 19:46 czyli nawiązanie do roku powstania wałbrzyskiego klubu. Wrocławianie doskonale wiedzą, że w środowy wieczór hala Aqua Zdroju zamieni się w piekło.

Kategorie