Przegrane marzenia – historia bez happy endu

Udostępnij:

Opowieść o człowieku, który z koszykarskich parkietów zboczył na ciemną stronę mocy. Tak się dzieje kiedy głowa nie nadąża za talentem…

Zastanawialiście się kiedyś czym jest talent? Czy w ogóle istnieje coś takiego? To pytanie od lat nurtuje zarówno naukowców jak i trenerów. Kiedy jest mowa o talencie sportowym mamy na myśli przede wszystkim predyspozycje do uprawiania aktywności fizycznej o podłożu motorycznym czy fizjologicznym. Sam talent, to jednak kropla w morzu – najważniejsze jest to, co sami z takim darem możemy zrobić.

Jeśli zastanawiamy się nad czystymi talentami w polskiej koszykówce, to na myśl od razu przychodzą: Mieczysław Młynarski, Adam Wójcik czy Adrian Małecki. Wszyscy mieli „to coś”. Niestety w przypadku tego ostatniego historia zakończyła się tragicznie i zostały tylko wspomnienia – „co by było, gdyby”. Podobnie historia ma się z naszym bohaterem, który nawet nie zdążył wypłynąć na szerokie wody, a wszystko wskazywało, że tak się właśnie stanie.

O kim mowa? O Sebastianie Dworniku z Wałbrzycha. Dla 99,9 procent ludzi ze świata basketu, to nazwisko będzie zupełnie anonimowe, a ten 0,01 procenta, to garstka osób, które miały okazję go poznać. To były czasy kiedy pod Chełmcem panowała moda na koszykówkę. Kibice byli zbzikowani na punkcie „biało-niebieskich” barw, a Górnik zdobywał mistrzowskie tytuły. W tym kopalnianym mieście każdy nastolatek chciał być kolejnym Młynarskim, Kiełbikiem, Krzykałą czy Żywarskim.

Dla młodych ludzi sport był szansą na lepsze jutro, bo perspektyw naukowych Wałbrzych raczej nie zwykł oferować. Panowało przekonanie albo sport, albo kopalnia. I właśnie wizję wielkiej sportowej kariery snuli młodzi, koszykarscy adepci w tym dolnośląskim mieście. Roczniki 75 i 76 trafiły pod trenerskie skrzydła Wojciecha Krzykały – legendy Górnika, który cieszył się ogromnym autorytetem. Wśród nastolatków znaleźli się chociażby jego syn – Jacek, Piotr Lasecki, Andrzej Pelesz, Marcin Mordak, Daniel Owsianny czy wspomniany już Dwornik. Parkietów PLK oprócz młodego Krzykały zdołali posmakować jednak tylko Lasecki i Mordak.

– Sebastian to był największy talent z nas wszystkich, bez cienia wątpliwości – wspomina po latach kapitan młodej drużyny Górnika, Piotr Lasecki.

– Miał papiery na poważne granie – wtóruje Andrzej Pelesz.

Dwornik był chłopakiem mierzącym 190 centymetrów, szczupłym i naturalnie sprawnym. To co go wyróżniało na tle kolegów, to przede wszystkim talent strzelecki. Rzucanie przychodziło mu z łatwością, a ręka ułożona była niemal podręcznikowo. Co nie rzucił, to wpadało. Wszystkie znaki na niebie wskazywały, że będzie koszykarzem dużego kalibru.

– W czasach gry w młodzikach, kadetach i juniorach razem z Jackiem i Sebastianem jeździliśmy na wszystkie kadry i Seba był tam zawsze najlepszy – dodaje Lasecki.

To było czasy kiedy w kadrze makroregionu grali między innymi Paweł Szcześniak, Daniel Blumczyński, Sebastian Kaszewski czy Maciej Gałła. Dwóch pierwszych występowało później w seniorskiej reprezentacji Polski. I to właśnie wśród nich największą furorę robił wtedy Dwornik.

– Dwornik był ponad wszystkimi jeśli chodzi o talent. W meczach rzucał po 40 punktów. On był stworzony do dziurawienia kosza rywali – wspomina Lasecki.

– Pamiętam go dobrze. To był naturalny talent strzelecki miał do tego smykałkę. Typowa strzelba, ale z lukami w obronie – dodaje trener Dwornika, Wojciech Krzykała.

Czy faktycznie tak dobrze rzucał? Wśród kolegów Dwornika z parkietu do dziś krąży taka anegdota… Działo się to na hali słynnego, wałbrzyskiego OSIR-u. Po jednym z treningów pierwszej drużyny Górnika – Jerzy Żywarski został żeby porzucać jeszcze z dystansu. Juniorzy wałbrzyskiego klubu czekali na swój trening i popularny „Żywar” zaproponował Dwornikowi zakład. Rzucają trójki do pierwszego pudła. Trafili dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści i wtedy na którymś z kolejnych rzutów pudło zaliczył junior Górnika. Żywarski i tak był pod wrażeniem jego wyczynu i w nagrodę dał mu swoje nowe buty Adidas Torsion. A to były czasy gdzie takie obuwie było prawdziwym rarytasem, niedostępnym na półkach sklepowych. Koledzy byli pod wrażeniem!

Dwornik stoi drugi od lewej obok trenera Wojciecha Krzykały

Jednak wszędzie tam gdzie pojawiają się blaski, muszą znaleźć się i cienie. Te nie omijały młodego strzelca. Każde miasto ma wpisane w swój wizerunek dzielnice okrywające się niechlubną chwałą. I właśnie z takiej pochodził Dwornik. Wałbrzyskie Podgórze fundowało sporo atrakcji, ale niekoniecznie z gatunku pozytywnych…

– Otoczenie Podgórza go wciągnęło. Kiedyś z nami trenował jego kolega z tej samej dzielnicy. Zapowiadał się nieźle. I wiesz co się stało? Powiesił się. U mnie na Nowym Mieście w moim roczniku już mało kto żyje – wyjaśnia Lasecki.

– To był jakiś tragiczny rocznik. Sebastian Ptak też się dobrze zapowiadał i się powiesił… Przyszedł moment, że Dwornik zaczął sprawiać problemy wychowawcze. Po prostu zboczył z toru i zszedł na złą drogę – dodaje Krzykała.

Dwornik stanął więc przed wyborem – koszykówka czy lokalne rozrywki? Na początku starał się jeszcze łączyć jedno z drugim, bo wiedział, że na bazie talentu i tak może sporo ugrać. Trenował, ale coraz częściej ulegał innym, mniej zdrowym pokusom.

– Czasami już dało się wyczuć, że przychodził „nieświeży” na trening. Środowisko zaczęło go wchłaniać – wspomina po latach Lasecki.

Coraz rzadziej widywany był na treningach, a coraz częściej pod sklepem z kolegami. To już był sygnał, że wizja dużej kariery zderzyła się podwórkowymi atrakcjami i zaczęła się kruszyć. Ciężko było to zahamować.

– Wydaje mi się, że nie wytrzymał presji i zszedł na złą drogę – przyznaje Krzykała.

Kiedy Jacek Krzykała przechodził do Śląska Dwornik obracał się w klubach, ale oferujących rozgrywki taneczne tudzież alkoholowe. Przegrał z własną głową i środowiskiem, które z pewnością nie motywowało go do uprawiania sportu.

Po kilku latach talent Dwornika znów się objawił… Tym razem w wałbrzyskiej lidze amatorskiej. Po długim koszykarskim niebycie wszedł na parkiet i znów bez problemu rzucał po 50 oczek. Włodarze drugoligowego wówczas Górnika zaczęli się zastanawiać czy nie dać mu drugiej szansy.

– Padł taki pomysł jak zobaczyliśmy co wyprawia w lidze amatorskiej, ale jak szybko się pojawił tak szybko zniknął – dodaje Wojciech Krzykała.

Dwornik poczarował na amatorskich parkietach i znów się zawinął. Stał już wtedy nad przepaścią – nie koszykarską, a życiową. Wielu kolegów widywało go wtedy w fatalnym stanie, ale nie dawał sobie pomóc. Głowa pracowała po swojemu. Kiedy słuch o nim zaginął, po jakimś czasie przyszła informacja o jego śmierci…

– Jak odwiedzałem rodziców w Wałbrzychu, to często go spotykałem. Za każdym razem był pijany i agresywny. Mówił wtedy, że mi się udało, a on był na dnie. To już była końcówka jego życiorysu i chyba głowa przestawała pracować. Później dowiedziałem się o jego śmierci. Szkoda, że tak to się potoczyło – kończy wspomnienia o koledze z parkietu, Piotr Lasecki.

To nie pierwszy przypadek w świecie sportu kiedy presja wygrywa z talentem. Strach, poczucie niedocenienia, a także presja otoczenia spowodowały, że Dwornik wybrał ścieżkę, która doprowadziła go do samozagłady. Nikt nie dawał gwarancji, że zostanie polskim Michaelem Jordanem, ale miał w swoich rękach narzędzia, które pozwalały mu sięgać tam gdzie nie sięgali inni. Był zawsze krok przed rówieśnikami, ale jego następne kroki z parkietu zaprowadziły go do grobu…

Kategorie

@2019 - ZATRZY.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.