Przypadek Krzykałów – koszykówka w DNA

Udostępnij:

Jacek Krzykała koszykówkę odziedziczył w genach. Zarówno on jak i jego ojciec Wojciech zapisali się na stałe w historii polskiego basketu. 

W tej historii jest więcej podobieństw niż różnic, ale czy to kogoś dziwi skoro syn wszedł w buty ojca i nawet zrobił w nich kilka kroków więcej. Przypadek Krzykałów, to znakomity przykład tego, że syn może przerosnąć ojca nie tylko wzrostem, ale także w kwestii zdobytych tytułów. Tą historię po prostu trzeba poznać więc zapraszamy na koszykarską podróż z Wojciechem i Jackiem Krzykałą.

Skazany na koszykówkę

Przypadek Krzykałów to szablonowy przykład wejścia w buty ojca. Skoro ojciec był koszykarzem to wielce prawdopodobne, że syn pójdzie tą samą, wydeptaną ścieżką. Tym bardziej prawdopodobne jeśli wychowywał się w Wałbrzychu, a mecze oglądał wśród rozemocjonowanej publiczności najpierw w hali przy placu Teatralnym, a później w słynnym OSIR-ze. Żeby tego doświadczyć trzeba było to przeżyć. Wystarczy zapytać dwóch-trzech losowo wybranych zawodników jak grało się w słynnym wałbrzyskim kotle. Odpowiedź będzie jedna – jak w piekle. W latach 80 koszykówka była w tym górniczym mieście czymś więcej niż tylko dyscypliną sportu, była stylem życia. Tu rodziły się legendy i tu wałbrzyski charakter pozwolił na świętowanie dwóch tytułów mistrzowskich w latach 82 i 88. Jeśli chłopiec zachłysnął się tym za młodu, to wiadomo było, że pasja w połączeniu z autorytetem, którym niewątpliwie był dla Jacka Wojciech musiała zaprowadzić go na koszykarskie parkiety. Młody Krzykała miłość do koszykówki miał zaszczepioną w swoim kodzie genetycznym.

Trudno żeby było inaczej w moim przypadku, skoro od małego oprócz szkoły jeździłem z tatą na treningi czy mecze. Siłą rzeczy utrwala się to w młodej głowie. Później mając już większą świadomość po prostu sam zdecydowałem, że chce iść dalej w tym kierunku. Nie było meczu, na którym bym nie był. Uczestniczyłem w tych największych sukcesach ówczesnego Górnika jako bierny kibic. To na pewno odcisnęło jakieś piętno na mojej osobie zważywszy, że łykałem całą tą otoczkę – mecze, sukcesy, pełna hala i szowinistyczna, wałbrzyska publiczność. Ten klimat i charakter dopełniały całości i tworzyły koszykarką całość jako piękny obraz i wpisywały się w moje serce – opowiada po latach Jacek.

Jak mecenas z Lublina został „górnikiem” z Wałbrzycha

Wojciech – ojciec Jacka pochodził z Lublina. Tam też rozpoczął karierę sportową w miejscowym Starcie. Już od początku swojej przygody z koszykówką dał się poznać jako świetny rozgrywający ze smykałką do zdobywania punktów. Miewał nawet sezony, w których przewodził klasyfikacji strzelców na zapleczu ekstraklasy. W Starcie spędził 11 lat i niewielu pewnie wie, ale oprócz grania w koszykówkę pan Wojciech skończył Wydział Prawniczy na Uniwersytecie Marii Curie – Skłodowskiej w Lublinie, a nawet zaliczył dwa lata na aplikacji sędziowskiej.

Pochodzę z Lublina, a tam to środowisko akademickie było bardzo rozwinięte. Trudno było zajmować się czymś innym. Moja rodzina przywiązywała dużą wagę do nauki – ojciec był profesorem historii, to musiałem podążyć tą drogą. Skończyłem Wydział Prawa i jednocześnie grałem w Starcie Lublin. Skończyłem aplikację sędziowską i musiałem wybierać – kariera zawodowa czy sport. I postawiłem na sport. Kierunek na Wałbrzych i człowiek został niespodziewanie górnikiem (śmiech). Takie wtedy były układy. Etaty w zakładach pracy i tak dalej – mówi Wojciech Krzykała.

Z miejsca stał się ważnym ogniwem zespołu Górnika Wałbrzych, w którym przegrał kolejnych 10 lat i zdobył dwukrotnie mistrzostwo Polski, a także dwa razy sięgnął po tytuł wicemistrza kraju. Stał się legendą miejscowej drużyny. Postanowił też w Wałbrzychu zostać na stałe. Swoją karierę zakończył po sezonie 1987/88 kiedy zdobył swoje drugie złoto z Górnikiem.

Zakończenie kariery przez ojca było też ważnym momentem dla Jacka. Dla ukoronowania całego dorobku Wojciecha, Górnik rozegrał mecz z reprezentacją ligi, a pod sam koniec spotkania nastąpiła zmiana pokoleniowa – 38-letniego wówczas Wojtka zmienił na parkiecie 12-letni syn Jacek. Po takim momencie jego przyszłość była już ukierunkowana na jeden tor – koszykarski.

Przetarty szlak

Jak każdy młody chłopiec Jacek na początku wybrał piłkę, ale kopaną jednak szybko zmienił swoje preferencje. Jak sam przyznał nie było nacisków ojca, aby postawił na koszykówkę, to po prostu wyszło naturalnie. Na pierwszym treningu pojawił się jako 10-latek i tak już zostało. Doskonale znał smak koszykarskich parkietów, bo ojciec od małego zabierał go na zgrupowania czy mecze. Dość szybko zachłysnął się „wałbrzyskim” charakterem, który znany był wówczas na całą koszykarską Polskę.

Ja nie musiałem Jackowi wiercić dziury w brzuchu, bo on wychowywał się w tej koszykarskiej atmosferze. Od małego zabierałem go na treningi. My trenowaliśmy, a on klepał piłkę za linią boczną. Było wiadomo, że będzie koszykarzem chociaż był też uzdolniony piłkarsko. Grał w trampkarzach Górnika i naciskali na niego żeby postawił na piłkę kopaną. W tych czasach próbował się wszystkiego, ale ten koszykarski klimat udzielił mu się na tyle, że było wiadomo, że pójdzie w moje ślady – wspomina senior rodu Krzykałów.

Do pierwszego składu Górnika Jacek trafił w sezonie 1993/94 i w Wałbrzychu rozegrał tylko dwa sezony. Zadebiutował jako 17-latek awaryjnie dowołany z zespołu juniorów, bo kontuzji nabawił się podstawowy rozgrywający Górnika – Andrzej Adamek. W debiucie zaliczył 9 oczek, a wałbrzyszanie okazali się lepsi od AgroFaru Kraśnik. Żeby był ciekawiej mecz rozgrywany było w rodzinnym mieście ojca – Lublinie.

Jak wspomina Andrzej Pelesz – przyjaciel Jacka i kolega z zespołu juniorów Górnika – młody Krzykała miał to coś czego inni nie mieli.

Wojtek był naszym trenerem, a co do Jacka, to ciężko nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że posiadał talent, bo miał po kim go odziedziczyć. Poza tym widać, to było na treningach czy meczach. Na tamten czas może jeszcze nie miał takiej pewności decyzji czy gry, ale było odczuwalne ze on już ma to coś – wspomina Pelesz, który przegrał kilka lat z Krzykałą w zespołach młodzieżowych.

W kolejnym sezonie Górnik występował pod szyldem Aspro Śnieżka Świebodzice i zajął 4.miejsce w lidze, co było olbrzymim sukcesem drużyny prowadzonej przez Teodora Mołłowa. To była jedyna ligowa drużyna z czołówki, która opierała się tylko i wyłącznie na polskich zawodnikach. To był ostatni sezon Krzykały w Wałbrzychu. Drużyna wobec braku sponsora wycofała się z ligi, a Jacek stanął przed pierwszym poważnym dylematem – jaki klub wybrać?

Wałbrzyszanin w Śląsku

Chciał grać i studiować. Dogadany był z Lechem Poznań, ale wtedy zadzwonił trener Arkadiusz Koniecki i powiedział, że chciałby go mieć w drużynie Śląska Wrocław. Doskonale znał ojca Jacka, bo w latach 80 prowadził ekipę Górnika, w której występował wówczas Wojciech Krzykała. Przejście do Śląska nie należało do łatwych, bo wiadomo było, że na linii Śląsk – Górnik często dochodziło do napięć pomiędzy zawodnikami czy kibicami. To była prawdziwa wojna o prymat na Dolnym Śląsku. Wielu pukało się w czoło po co w zespole Śląska młody gracz z Wałbrzycha skoro talentów we Wrocławiu było pod dostatkiem? Jacek jednak nie „pękł” i wkomponował się w drużynę Konieckiego, a równocześnie rozpoczął studia na Uniwersytecie Ekonomicznym.

Czy nie obawiał się przenosin do obozu „wroga”?

Nigdy nie podchodziłem do tego w taki sposób. Zdawałem sobie sprawę, że są animozje pomiędzy klubami. Życie sportowca jest tak skonstruowane, że raz się gra w jednym klubie, a zaraz w drugim. Te wszelkie relacje między klubami, to bardziej smaczek dla kibiców niż zawodników. Kolejny klub po Górniku, to był właśnie Śląsk, z którym święciłem największe sukcesy i zrobiłem tam największy progres – przyznaje Jacek.

Podobnie jak ojciec postawił także na edukację. Te wzorce wyniósł z domu i zapewnia, że nikt do nauki nie musiał go zmuszać.

To jest kwestia wychowania. Rodzice, a głównie tata pokazał, że można łączyć koszykówkę z nauką. Ukończył studia, a przecież to były zupełnie inne czasy. Nie było takiej świadomości i możliwości wyboru. W jego czasach kiedy ktoś studiował i grał był wyjątkiem. Teraz jest to bardziej powszechne i nie ma z tym problemu. Ja wiedziałem, że chce iść na studia po maturze, a że byłem predysponowany do nauk ścisłych to wybrałem Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu – mówi młodszy Krzykała.

Jacek bardzo dobrze uczył się od zawsze. Godził naukę ze sportem i później potrafił ciągnąć studia dzienne i grać zawodowo w koszykówkę. Wybrał ekonomię, ale znajdował czas i na sport i na naukę. Skończył studia i chwała mu za to – dodaje Wojciech.

Na każdy mecz we Wrocławiu do Jacka przyjeżdżała mama, z którą od dziecka był bardzo zżyty. A to przywiozła barszczyk. a to gołąbki. Dbała o syna, który w tym czasie przebojem wdarł się do drużyny Śląska. W pierwszym sezonie w WKS-ie Jacek był zmiennikiem Bena Seltzera, a w kolejnym Orlando Smarta. Pierwszy rok zakończył się bajkowo – nowy klub i od razu tytuł mistrza Polski. W drugim Jacek miał już swoje poważniejsze pięć minut. Pod nieobecność Smarta prowadził grę Śląska w półfinałach przeciwko Komfortowi. Wrocławianie tamte mecze wygrali. Kiedy wrócił Smart Krzykała usiadł na ławce, a WKS przegrał i ostatecznie nie zameldował się w finale. Wtedy zaczęto coraz głośniej mówić, że Jacek ma to coś.

Budował swoją pozycję w zespole, ale wiedział, że graczom na pozycji numer „1” ciężko pociągać za lejce w ekstraklasowych zespołach. To była pozycja zarezerwowana dla przyjezdnych. Mimo wszystko Jacek świetnie wywiązywał się ze swoich zadań.

Jacek trafił na ten boom koszykarski i złote lata Śląska Wrocław. Trener Koniecki ściągnął go do zespołu i już w pierwszym sezonie zdobyli mistrzostwo Polski. Kolejni trenerzy również widzieli go w składzie i tak się rozwijała jego kariera. Zadomowił się w składzie i tak się potoczyła jego kariera. Ja grałem w latach 80 i to była inna koszykówka, ale też liczyliśmy się w tamtym czasie na rynku polskim. Później ta liga była jednak bardziej profesjonalna. Dostępność NBA w telewizji spowodowała, że ludzie zakochali się w koszykówce. W tamtych czasach nie było problemu z naborem do sekcji młodzieżowych. Wtedy można było przebierać w dzieciakach, a teraz bierze się każdego jak leci – wspomina Wojciech.

Syn przegonił ojca…

Jacek trafił na złote lata Śląska. Po pierwszym tytule w roku 1995/96 przyszedł rok przerwy. Po tym roku jednak spadła lawina złota. Przez trzy kolejne lata 1998, 1999 i 2000 Krzykała był ważnym elementem układanki najpierw Andreja Urlepa, a w ostatnim sezonie Muli Katzurina. Za każdym razem kończył sezon ze złotym medalem na szyi. Mając 23 lata przegonił ojca w ilości złotych medali zdobytych w lidze. Ostatecznie skończył z czterema krążkami. Wojciech zakończył karierę z dwoma.

To były inne realia. Ta koszykówka wtedy się rozwijała i szła do przodu. Cała dyscyplina ewoluowała. Otworzyły się granice. Najpierw dwóch amerykańskich graczy, później formuła OPEN i człowiek musiał się odnajdywać w każdych realiach. Mi się to udawało. Znałem swoje miejsce w szeregu i myślę, że podsumowując moją karierę mogę być zadowolony wyłączając tylko te kontuzje, które odcisnęły swoje piętno na karierze, ale na to się nie ma wpływu. Grałem w najlepszych polskich klubach, ocierałem się o kadrę, zwiedziłem kawałek świata więc patrząc teraz z dystansem mogę śmiało powiedzieć, że jestem zadowolony z przebiegu kariery – opowiada po latach Jacek.

Przez Ostrów, Sopot, Bydgoszcz aż z powrotem do Wrocławia

Dalsza kariera Jacka związana była z Ostrowem, Bydgoszczą i Sopotem, by finalnie wrócić do Wrocławia. Kto wie jak rozwijał by się jego talent gdyby nie dokuczające mu problemy zdrowotne. Najpierw przyplątała się kontuzja zerwania więzadeł krzyżowych w jednym kolanie, by po rehabilitacji i powrocie na parkiet przyszła powtórka z rozrywki z drugim kolanem. To wyhamowało młodszego Krzykałę.

Ja przegrałem do 38 roku życia praktycznie bez poważniejszych urazów, a niestety karierę Jacka wyhamowały kontuzje. Najpierw zerwał więzadła krzyżowe w kolanie, a po rehabilitacji to samo tyle że w drugiej nodze. Później pojawiły się przeciążenia kręgosłupa i to spowodowało, że musiał dość wcześnie zakończyć karierę, a mógłby jeszcze kilka lat pograć. Te tytuły mistrzowskie zrekompensowały mu na szczęście te problemy zdrowotne – przyznaje Wojciech Krzykała.

Mimo problemów zdrowotnych Jacek zdobył srebro z Prokomem w sezonie 2002-03, a także brąz ze Stalą i na koniec kariery ze Śląskiem, do którego wrócił na sezon 2007/08. Stwierdził, że nie ma sensu dłużej oszukiwać swojego ciała i zawiesił buty na kołku.

Ta koszykówka jest bardzo zakorzeniona w środku mnie. Jak coś się robi tyle lat, a w moim przypadku miałem styczność z koszykówką praktycznie od kołyski, to naturalnie chce się zostać w branży. Kończąc karierę wiedziałem, że będę chciał się sprawdzić jako trener, a że jestem związany z Wrocławiem, to związałem się z WKS-em i zacząłem rozwijać się jako trener – mówi Jacek.

Rzut, który rozsławił Włocławek

Aby lepiej poznać historię słynnego rzutu z Włocławka należy cofnąć się w czasie do roku 1986. Wtedy to Górnik Wałbrzych z Wojciechem Krzykałą w składzie zajął czwarte miejsce po sezonie zasadniczym. W pierwszej rundzie play-off mierzył się z Zastalem Zielona Góra, którego pokonał w oby meczach (64:61 i 99:78). W półfinale wałbrzyszanie trafili na pierwszy w tabeli Śląsk i równie gładko przeszli ekipę z Wrocławia (93:72 i 67:63). W finale na Górnika czekało już Zagłębie Sosnowiec. Pierwszy mecz odbywał się właśnie w Wałbrzychu. Po 40 minutach Zagłębie prowadziło jednym oczkiem, ale wałbrzyszanom zostały jeszcze w zanadrzu dwa osobiste, które miał wykonać właśnie Krzykała. Presja była ogromna, a cała hala skupiła wzrok na rozgrywającym Górnika, który w kluczowym momencie nie zawahał się i dwukrotnie umieścił piłkę w koszu dając zwycięstwo swojej ekipie. Po meczu Krzykała powiedział:

Gdyby nie trafił młody zawodnik, nikt nie miałby do niego pretensji, ale ja, stary wyga, który przez dwadzieścia lat gra już w lidze.

22 lata później tym razem we Włocławku przy stanie 86:88 dla Anwilu i jednej sekundzie do końca meczu piłkę z linii końcowej dostał Jacek Krzykała. Nie myślał ani chwili tylko z kolanka wyrzucił piłkę w stronę kosza… Wpadło. Hala we Włocławku zamarła. Śląsk wygrał 89:88, a Krzykała stał się bohaterem wszystkich stacji telewizyjnych. Jego rzut do dziś pamiętają wszyscy kibice koszykówki w kraju. Mimo, że grał w Śląsku zapewnił Włocławkowi duży zastrzyk promocyjny i nawet w podziękowaniu dostał… serwis do kawy. Jak dziś wspomina tamten rzut?

Zawsze podchodziłem do tego z chłodną głową. Dla mnie większą satysfakcją było to, że tyle lat mogłem grać i uczyć się od znakomitych zawodników. Zdobywałem medale mistrzostw Polski, a te rzuty to takie wisienki na torcie. Fajnie wracać do tego pamięcią.

„Jacek Krzykała to nasza duma i chwała”

Kolejny decydujący rzut młodszy Krzykała oddał już w barwach Stali Ostrów Wielkopolski. 11 marca 2006 roku Stal mierzyła się ze Śląskiem Wrocław. Przy stanie 58:58 i ledwie kilku sekundach do końca piłkę otrzymał Krzykała i rzucił ją w kierunku wrocławskiego kosza. Ponownie wpadło tyle, że za dwa. Ten, który dał zwycięstwo Śląskowi swoim rzutem w 1998 roku tym razem uciszył kibiców WKS-u.

Po tym rzucie na trybunach hali w Ostrowie Wielkopolskim niosła się przyśpiewka: „Jacek Krzykała to nasza duma i chwała”.

Jak widać i Wojtkowi i Jackowi w ważnych momentach nie drżała ręka. Co prawda drugi wygrywał swoim drużynom mecze w bardziej efektowny sposób, ale widocznie w genach dostał także zimną krew, która pozwalała mu oddawać zabójczo skuteczne rzuty w sytuacjach niemal beznadziejnych.

Za trzy nie tylko na parkiecie

Specjalnością Krzykały były trójki. Żeby było ciekawiej swój najważniejszy życiowy rzut również wyszedł mu za trzy… Osiem lat temu na świat przyszły trojaczki – trzech synów. To nie mógł być przypadek. Czy któryś z nich podąży ścieżką, którą przez lata przetarli dziadek i ojciec? Niewykluczone.

– Wnuki biorą już udział w rozgrywkach Basketmanii, ale są dopiero w drugiej klasie. Bawią się dopiero tą koszykówką w Śląsku Wrocław. Nie ma parcia żeby zostali na siłę koszykarzami. To musi przyjść naturalnie. Mają do czynienia ze sportem i w tym duchu są wychowywani. Na razie obserwujemy ich predyspozycje i jak się rozwijają. Jeszcze za wcześnie żeby mówić o karierze sportowej w ich przypadku, ale moim zdaniem z tej trójki na pewno jeden będzie koszykarzem (śmiech) – kończy „dziadek” Wojtek.

Epilog

Tak mniej więcej piszą się bogate koszykarskie losy rodziny Krzykałów. Ojciec, który zaraził pasją syna i obaj osiągali najwyższe ligowe triumfy. Co ich różniło?

Syn był na pewno lepszym egzekutorem. Jego znakiem firmowym były rzuty z dystansu. Za czasów Urlepa była w Śląsku nawet specjalna zagrywka pod Jacka. Koledzy wyprowadzali go na pozycję do rogu boiska, a on stamtąd kończył akcje. Był też dobrym obrońcą, ale może trochę brakowało mu siły fizycznej. Nie był on typowym playmakerem z kolei ja bardziej nadawałem się do takiej gry kombinacyjnej. Jacek miał lepsze warunki ode mnie. Ja nieco ponad 180 cm, a syn prawie 190. Za moich czasów graczy o wzroście 190 ustawiało się pod koszem (śmiech).

Ta historia jest złożona i wielowątkowa prowadzi od Lublina przez Wałbrzych aż do Wrocławia. Wrocławia, który z kolei nie jest w Wałbrzychu koszykarsko lubiany (delikatne słowo). Wojciech na stałe zapisał się w annałach wałbrzyskiej koszykówki, a Jacek pracuje na swoje trenerskie nazwisko 70 kilometrów dalej.

Aby podsumować znaczenie Wojciecha Krzykały dla kibiców w Wałbrzychu niech posłuży fragment znalezionego w sieci komentarza:

„Wojtek był we wszystkich sukcesach Górnika. Te sukcesy to jego wielka zasługa! Bez Wojtka nie było by ich. W swych optymalnych latach był zjadliwie sprawny ruchowo. Wrodzona inteligencja dawała mu przewagę nad treningowymi produktami tzw. rozgrywaczami. Wojtek grał prosto, to co trzeba nie to co w gazetach piszą. Prostota to najwyższy poziom tego co ludzie robią. Tak było zawsze i tak będzie do końca”.

Lepiej nie można było tego ująć.

Kategorie