Wspomnienia Kiciora – schabowe, koszykówka i herbata story

Udostępnij:

Był pierwszym czarnoskórym graczem na Dolnym Śląsku i szybko stał się gwiazdą ligi – Keith Williams wspomina swoje złote lata w Polsce.

Mateusz Zborowski: Co słychać u „Czarnej Perły”?

Keith Williams: (śmiech) „Czarna Perła Wrocławia” ma się bardzo dobrze. Prowadzę normalne życie – pracuję, dbam o rodzinę, po prostu cieszę się życiem.

Minął kawał czasu, ale chyba musisz przyznać, że nadal tęsknisz za Polską?

– To są chwile, do których bardzo często wracam pamięcią. Z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że uwielbiałem to polskie życie. Zawsze sobie powtarzałem, że zostanę tam na stałe i będę trenerem, ale wyszło inaczej. Tęsknie za przyjaciółmi i fanami. Okazało się, że mam tutaj sąsiadów z Polski – pochodzą Łodzi i w zeszłym tygodniu byłem u nich w odwiedzinach i znów zjadłem schabowego z ziemniakami. Smakował przepysznie!

No tak w amerykańskim menu ciężko o schabowe (śmiech).

– Niestety. Jak tylko przypomnę sobie te wszystkie polskie przysmaki… Kiełbasa, bigos, zupy. Do tej pory pamiętam ich smak.

No tak jedzenie i kobiety w Polsce mamy najlepsze.

– Absolutnie! Kobiety też doskonale pamiętam, ale lepiej żeby moja żona nie pamiętała tej części mojego, polskiego życiorysu (śmiech).

Jak to się stało, że w ogóle pojawiłeś się w Polsce? Podobno Mieczysław Łopatka maczał w tym palce?

– Tak, a dokładniej Łopatka i Darek Zelig. Grałem przeciwko niemu w Belgii. Kiedy się dowiedzieli, że występuje w Holandii, skontaktowali się z moim agentem i zaproponowali grę w Śląsku. To był rok 1991 kiedy trafiłem do Polski.

Wiedziałeś cokolwiek o naszym kraju zanim postawiłeś nogę na lotnisku?

– Zupełnie nic. Wiedziałem tylko o walkach politycznych z Lechem Wałęsą i że kraj przez długi czas był pod rządami komunistów, ale to by było na tyle.

To opowiedz o tej słynnej podróży z lotniska do Wrocławia (śmiech).

– O Boże, to mi teraz przywołałeś wspomnienia (śmiech). Kiedy wysiadłem z samolotu na lotnisku w Warszawie, pomyślałem – gdzie ja do cholery trafiłem? To było stare, warszawskie lotnisko. Śląsk wysłał po mnie faceta, który nazywał się Wojtek Rapa. Miał mnie zawieźć do Wrocławia, ale był jeden problem… nie mówił po angielsku. Myśleli, że skoro przylatuje z Holandii, to mówię właśnie w tym języku i właśnie Wojtek komunikował się po holendersku, szkoda tylko, że ja nie rozumiałem zupełnie niczego (śmiech). Wyruszyliśmy do Wrocławia i po chwili zapytałem go jak daleko jeszcze, a on odpowiedział jedynym zwrotem, który znał po angielsku – „a little” (śmiech).

Człowieku jechaliśmy tak 5 godzin, a za oknem zaczęło się ściemniać. Wtedy pomyślałem: „gdzie on mnie do diabła wiezie” (śmiech)? Kiedy już dotarliśmy do Wrocławia zrobiło mi się lepiej, bo okazało się, że to duże miasto.

To „a little” musiało zabrzmieć dziwacznie (śmiech).

– Nawet bardzo (śmiech). Na początku nie wiedziałem co ja tu robię, ale minęło kilka miesięcy i we Wrocławiu czułem się jak u siebie.

Pojawiłeś się we Wrocławiu więc nie obyło się bez imprezy integracyjnej z nowymi kolegami. Podobno było ciekawie – zaprosiłeś całą drużynę i miałeś aż dwie butelki wódki (śmiech).

– Pamiętam, że pierwsza impreza z kolegami ze Śląska odbyła się w moim mieszkaniu na Armii Krajowej. Nie było żadnych kobiet – sami faceci. Mimo, że miałem dwie butelki, to wypiliśmy ich chyba z 15 albo 20! Szybko zostaliśmy przyjaciółmi (śmiech). Byli wszyscy: Zielony, Zyzio, Kołodziejczak, Parzyk, Zelig, a nawet wójt Błoński. Co to była za impreza!

Zielony opowiadał, że jak zobaczyłeś ile są w stanie wypić Polacy, to się załamałeś (śmiech).

– (śmiech) To prawda. A opowiadał ci słynne „herbata story”?

Herbata story? Nic takiego nie słyszałem.

– To działo się na wspomnianej już pierwszej imprezie u mnie. Nigdy nie sądziłem, że będę tak pijany! Wyszedłem więc na balkon złapać trochę powietrza, a że była zima, to temperatury nie rozpieszczały. Byłem tak pijany, że stałem na tym balkonie w koszulce z krótkim rękawkiem. Maciek wyszedł na balkon i zaproponował, że zrobi mi herbatę, która mi pomoże. Powiedziałem – ok. Przyniósł mi ją, a ja postawiłem ją na balustradzie i spadła na dół. Maciek wrócił i pyta: gdzie jest herbata? Odpowiedziałem, że nie mam pojęcia. Powiedział Parzykowi żeby przyniósł mi kolejną, a ja znów zrobiłem z nią to samo… Później przez lata mieliśmy z tego ubaw.

Muszę przyznać, że w żadnym zespole nie bawiłem się tak dobrze jak w Śląsku. Byliśmy zgraną ekipą.

Jakie jeszcze historie utkwiły Ci w pamięci?

– Mnóstwo… Dostałem od klubu Poloneza z moim nazwiskiem na aucie. Pewnego wieczoru postanowiłem ruszyć w miasto i tak zabalowałem całą noc. Następnego dnia na treningu Łopatka zapytał mnie co robiłem w nocy więc oznajmiłem, że siedziałem w domu. Cała drużyna wybuchła śmiechem, bo powiedział im oczywiście po polsku, że kłamię. Jego przyjaciel widział mój samochód pod jednym z klubów o godzinie 6 rano (śmiech). To był ostatni raz kiedy pojechałem gdzieś autem ze swoim nazwiskiem.

Polonez… Cudo polskiej motoryzacji (śmiech).

– Prawdziwe cudo… Pamiętam też, że którejś nocy wybraliśmy się z Zyziem do klubu „Morskie Oko”. Chciałem kupić drinki, ale nie miałem przy sobie polskich pieniędzy więc wyciągnąłem z kieszeni 500 dolarów w studolarowych banknotach. Kiedy Zyzio to zobaczył zrobił wielkie oczy i wrzasnął do mnie żebym to szybko schował, bo zaraz nas okradną (śmiech). To były szalone czasy.

Innego razu odwoziłem swoją dziewczynę Izę na Ołtaszyn. Zapytała mnie czy trafię z powrotem do domu więc odpowiedziałem, że bez problemu, bo to tylko 15 minut drogi. Zapewniłem żeby się nie martwiła. I tak 15 minut zamieniło się w 3 godziny (śmiech).

Musiałeś się czuć w Polsce jak król życia.

– Nie wiem czy jak król, ale na pewno czułem się jak książe (śmiech).

Pamiętam też swój drugi rok we Wrocławiu, w którym pojawił się Fred West. Poszliśmy zjeść coś do Rynku. Tak się złożyło, że był 1 maja więc skinheadzi robili jakieś demonstracje i policja musiała nas chronić przed pobiciem. Po zdobyciu mistrzostwa w radiu był wywiad z liderem skinheadów, który powiedział, że „Kicior” jest w porządku i że włos mi z głowy nie spadnie. Później spotykałem ich w barach i stawiałem im drinki razem z nimi się z tego śmiejąc.

W tamtych czasach czarnoskóry zawodnik musiał być nowością w mieście.

– Tak. Odwiedziliśmy kilka szkół i dzieci dotykały mnie i moich włosów, ściskały mi dłoń i zadawały szalone pytanie o czarnych ludzi. To było naprawdę zabawne!

Zielony jeszcze kazał zapytać czy pamiętasz czego Cię uczyli jak szedłeś na kolację do rodziców swojej dziewczyny (śmiech).

– Kurde tego nie pamiętam. Zapytaj czy to było wtedy kiedy spóźniłem się dwie godziny na kolację drużynową i przyszedłem z Izą, a ona miała na sobie futro (śmiech).

Wróćmy do koszykówki. Jak oceniasz poziom rozgrywek za czasów twojej gry w Polsce?

– To był poziom topowych drużyn z ligi uczelnianej w Stanach Zjednoczonych. Polscy i europejscy gracze byli wyżsi i wolniejsi, ale nadrabiali umiejętnościami strzeleckimi i świetnie wychodzili na pozycje.

To których graczy byś wyróżnił?

– Dobre pytanie. Adam Wójcik moim zdaniem powinien zagrać w NBA. Maciek był szatanem i ciężko było go kryć, Igor Griszczuk świetnie punktował, a Andrzej Pluta był najlepszą polską strzelbą jaką widziałem. Ale jeśli miałbym wyróżnić kogoś z Europy to bez wątpienia Nikos Galis i Toni Kukoc.

Podobno była szansa na twoją grę w NBA, ale w obu przypadkach wyprzedzili cię Muggsy Bogues i Spud Webb.

– To prawda. W obu przypadkach kiedy próbowałem się dostać do NBA ostatecznie kończyło się to fiaskiem. Dochodziłem do ostatniego tygodnia obozu treningowego po czym dowiadywałem się, że najpierw Charlotte wybrali Boguesa, a potem Atlanta sięgnęła po Webba.

Pech?

– Tak, ale nie ma co rozpamiętywać. Dzięki temu spędziłem niesamowity czas w Europie tworząc historię i wspomnienia. Nie ma zbyt wielu amerykańskich graczy, którzy grali na Starym Kontynencie i których zdjęcia nadal wiszą w hali… I to po 25 latach!

Czyli część twojego serca została we Wrocławiu?

– Dokładnie. Wrocław i Polska, to mój drugi dom.

Opowiedz coś o czasie spędzonym w Pruszkowie.

– To dopiero był szalony czas! Mieliśmy zdecydowanie najlepszy zespół w lidze i przez cały sezon przegraliśmy chyba tylko 6 spotkań. Zawsze byłem dumny z tego, że Adam zdobył ze mną swój pierwszy mistrzowski tytuł. Pamiętam, że Masa i Kiełbasa z pruszkowskiej mafii bywali na naszych meczach.

No tak słynna pruszkowska mafia…

– Kiedyś ukradli mi Poloneza w Warszawie więc od razu zadzwoniłem do prezesa Janusza Wierzbowskiego. Powiedział, że się tym zajmie. Wykonał kilka telefonów i okazało się, że auto się znalazło. Podobno sam Kiełbasa kazał odwieźć go z powrotem i zaparkować pod halą. Kiedy następnego ranka przyszedłem na trening mój samochód już tam stał (śmiech).

Zarówno oni jak i ty byliście gwiazdami Pruszkowa (śmiech).

– Tak, ale oni byli gwiazdami trochę innego kalibru… (śmiech).

Kiedy grałem w Pruszkowie to często ich widywałem, a oni zawsze mnie zatrzymywali i pytali czy zespół wygra kolejny mecz. Wtedy grzecznie odpowiadałem: „oczywiście”, a oni na to: „Kicior lubimy Cię, rozśmieszasz nas”. Może zabrzmi to dziwnie, ale za każdym razem miałem pełne portki (śmiech).

Ale ty przez moment też zostałeś gangsterem… Tyle, że w filmie.

– „Chłopaki nie płaczą”… To teraz klasyka polskiego kina (śmiech). Pamiętam, że moja scena polegała na przebraniu się za gangstera. Coś tam chyba nawet przeklinałem. Fajny czas i przygoda. Mogłem spotkać gwiazdy kina i mam swój mały epizod w historii polskiej kinematografii (śmiech).

Słynna rola Williamsa w filmie „Chłopaki nie płaczą”

Dlaczego po przygodzie z Pruszkowem nie wróciłeś do Śląska?

– Miałem kontuzję biodra, a Śląsk się odbudowywał w tym czasie i postawił na Maćka i Adama oraz innych zawodników. Byłem już za stary… Zawsze chciałem zostać trenerem, ale wtedy mówili mi, że potrzebuje dyplomu wychowania fizycznego i jeszcze innych certyfikatów, a ja myślałem wtedy, że to jakaś bzdura. Wygrałem 4 mistrzostwa i miałem się uczyć koszykówki? No cóż…

I tym samym trafiłeś do Włocławka…

– Ehhh człowieku… Do tej pory uważam, że nie powinienem był grać we Włocławku. Miałem kontuzję i trener Kijewski zaryzykował biorąc mnie do składu. Dał mi szansę, ale to nie zagrało. Fani z Włocławka byli świetni, ale nie mogli zrozumieć dlaczego dla nich gram skoro przez tyle lat byłem ich wrogiem…

Nie byłeś już potrzebny w Śląsku, ale wraz z Komfortem wyrzuciłeś Śląsk z finałów…

– To zawsze będzie ciekawe doświadczenie dla Maćka i dla mnie… Wrócił do Polski i Śląsk z nim w składzie znów gotowy walczyć o najwyższe cele, ale najpierw musieli przejść Komfort, który miał mnie i Joe McNaulla. „Józek” doznał kontuzji i graliśmy na Mieszczańskiej, co okazało się poważnym błędem dla Śląska, bo ta hala była moim ulubionym miejscem do gry. Miałem szalony mecz – zdobyłem 38 punktów i pokonałem Śląska. Maciek nigdy mi nie wybaczył tej porażki (śmiech).

Pruszków był w tym sezonie za mocny i pokonał nas, ale ja znów udowodniłem swoją wartość i wprowadziłem trzeci, kolejny zespół w Polsce do finałów.

Ostatnim przystankiem w Polsce okazał się Poznań.

– W Poznaniu czułem się jak w domu i można powiedzieć, że byłem już praktycznie obywatelem Polski. Wiedziałem wszystko o życiu, czułem się tam komfortowo. Nadal doskwierała mi kontuzja, ale dawałem radę prowadzić drużynę przez cały sezon aż do play-offów. Poznań był gotowy awansować, ale przed finałami sponsor BlackJack nie zapłacił zawodnikom za dwa ostatnie miesiące i gracze byli sfrustrowani. Niektórzy nawet twierdzą, że Bydgoszcz zapłacił za swoją wygraną i awans do ekstraklasy…

Musisz przyznać, że wniosłeś bardzo dużo do polskiej koszykówki.

– Myślę, że podniosłem poziom polskiego basketu. Byłem pionierem zza oceanu i ludzie pamiętają mnie jako pierwszą, amerykańską gwiazdę w lidze. Teraz gdzie nie spojrzysz są gracze z Ameryki i Europy wtedy byłem ja i długo, długo nikt. Zapisałem się na kartach historii polskiej koszykówki i jestem z tego bardzo dumny.

A gdybyś miał wyróżnić tylko jedno wspomnienie byłoby to?

– Moje pierwsze mistrzostwo ze Śląskiem zdobyte w gronie przyjaciół. A drugie to Wrocław i rodzina Jarosławskich, która traktowała mnie jak syna i nauczyła mnie, co to znaczy być Polakiem. Bardzo się o mnie troszczyli. Mogę powiedzieć tylko jedno – kocham Wrocław!

To kiedy jemy schabowe w Polsce (śmiech)?

– Mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych lat uda mi się zawitać do Polski, a wtedy zjemy schabowe i napijemy się Wyborowej, ale musimy koniecznie zaprosić Maćka i Zyzia.

Kategorie

@2019 - ZATRZY.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.